gototopgototop

английский

итальянский

немецкий

нидерландский

датский

шведский

норвежский

исландский

финский

эстонский

латышский

литовский

греческий

албанский

китайский

японский

корейский

вьетнамский

лаосский

кхмерский

бирманский

тайский

малайский

яванский

хинди

бенгальский

сингальский

тагальский

непальский

малагасийский

Рассказ «Друг» (Przyjaciel) на польском языке, Станислав Лем – читать онлайн

Книга «Друг» (Przyjaciel) на польском языке – читать онлайн, автор – Станислав Лем (Stanisław Lem). Рассказ «Друг» (Przyjaciel) был включён в сборник «Вторжение с Альдебарана», изданный в 1959-м году (в этом же году Станислав Лем написал научно-фантастический роман «Эдем» (Eden) и детективную повесть «Следствие» (Śledztwo)). В сборник «Вторжение с Альдебарана» также попали рассказы «Тьма и плесень», «Испытание», «Альбатрос» и некоторые другие, в которых главным героем выступает пилот Пиркс.

Многие произведения польского писателя Станислава Лема были переведены на самые распространённые языки мира, но интересные книги лучше читать в оригинале, поэтому предлагаем вам читать онлайн рассказ «Друг» (Przyjaciel) на польском языке.

Другие книги на польском разных жанров можно читать онлайн в разделе «Книги на польском языке», а для детей есть раздел «Сказки и легенды на польском языке». Тексты сказок этого раздела короткие и несложные, поэтому подойдут для студентов, начинающих изучение польского языка.

Для тех, кому больше нравится слушать книги, создан раздел «Аудиокниги на польском языке», где также есть также аудиосказки братьев Гримм.

Для любителей польских фильмов есть раздел «Фильмы на польском языке с субтитрами», где можно смотреть онлайн или скачать бесплатно различные польские фильмы. Если вас интересуют также фильмы на разных языках стран Европы и мира, посмотрите каталог «Фильмы онлайн».

Для тех, кого интересует изучение польского языка не только самостоятельно по фильмам и книгам, но и с опытным преподавателем, есть необходимая информация в разделе «Польский по скайпу».

Кого интересуют вопросы, связанные с получением Карты поляка, посмотрите тематические статьи в разделе «Карта поляка».

 

Возвращаемся к чтению рассказа Станислава Лема «Друг» (Przyjaciel) на польском языке. На этой странице выложена часть книги, а ссылка на продолжение рассказа «Друг» (Przyjaciel) будет в конце страницы.

 

Przyjaciel

 

Dobrze pamiętam okoliczności, w których poznałem pana Hardena. Było to w dwa tygodnie po tym, jak zostałem asystentem instruktora w naszym Klubie. Uważałem to za wielkie wyróżnienie, bo byłem najmłodszym członkiem Klubu, a instruktor, pan Egger, od razu, w pierwszym dniu, kiedy przyszedłem na dyżur do Klubu, oświadczył mi, że jestem dostatecznie inteligentny i na tyle się znam na całym kramie (tak się wyraził), że mogę dyżurować sam. Rzeczywiście zaraz sobie poszedł. Miałem dyżurować co drugi dzień od czwartej do szóstej, udzielać technicznych informacji członkom Klubu i wydawać karty QDR za okazaniem legitymacji z opłaconymi składkami. Jak powiedziałem, byłem z tego stanowiska bardzo zadowolony, ale wkrótce zaświtało mi, że do wykonywania moich obowiązków nie trzeba się wcale znać na radiotechnice, bo o żadne informacje nikt nie prosił. Wystarczyłby więc zwyczajny urzędnik, ale takiemu Klub musiałby płacić, a ja dyżurowałem honorowo i nie miałem z tego żadnej korzyści, nawet przeciwnie — jeśli wziąć pod uwagę wieczne zrzędzenie matki, która wolała, żebym siedział kamieniem w domu, kiedy miała ochotę iść do kina i zostawić malców na mojej głowie. Z dwojga złego wolałem już dyżury. Lokal nasz był z pozoru dość przyzwoity. Ściany od góry do dołu zawieszone były kartami łączności z całego świata i kolorowymi afiszami, tak że się nie widziało zacieków, a pod oknem stało w dwu oszklonych gablotkach trochę starej aparatury krótkofalowej. Była tam jeszcze z tyłu pracownia, przerobiona z łazienki, bez okna. Nawet dwu ludzi naraz nie mogło w niej pracować, boby sobie oczy pilnikami powybijali. Pan Egger miał do mnie wielkie zaufanie, jak mówił, ale nie aż tak wielkie, żeby zostawić mnie sam na sam z zawartością szuflady w biurku, wyjął więc wszystko, co w niej było, i zabrał do siebie, nawet papieru do pisania mi nie zostawił i musiałem wydzierać kartki z własnych zeszytów. Pieczątkę miałem do dyspozycji, choć słyszałem, jak pan Egger powiedział do prezesa, że właściwie należałoby ją umocować na łańcuszku w szufladzie. Chciałem wykorzystać czas na budowę nowego aparatu, ale pan Egger zabronił mi wychodzić w czasie dyżuru do pracowni, że niby przez otwarte drzwi mógłby się ktoś wśliznąć do środka i coś ściągnąć. Nie miało to ręki ani nogi, bo te aparaty w gablotkach przedstawiały całkowite rupiecie, nie powiedziałem mu tego jednak, bo nie uznawał w ogóle mego głosu. Widzę teraz, że zanadto się z nim liczyłem. Wykorzystywał mnie bez skrupułów, ale wtedy jeszcze się w tym nie orientowałem. Nie pamiętam, czy to była środa, czy piątek, kiedy pierwszy raz zjawił się pan Harden, ale ostatecznie to wszystko jedno. Czytałem właśnie bardzo dobrą książkę i byłem wściekły, bo okazało się, że brakuje w niej mnóstwa kartek. Wciąż musiałem się czegoś domyślać i bałem się, że najważniejszego w zakończeniu nie będzie, a wtedy całe czytanie na nic, bo wszystkiego przecież się nie domyśle. Wtem usłyszałem, że ktoś puka. Było to dosyć dziwne, jako że drzwi stały zawsze otwarte na oścież. Ten Klub — to było dawniej mieszkanie. Jeden z klubowców mówił mi, że to było zbyt podłe mieszkanie, aby ktokolwiek chciał się w nim gnieść. Zawołałem „proszę” i wszedł obcy, którego jeszcze nie widziałem. Wszystkich klubowców znałem, jeżeli nie z nazwiska, to przynajmniej z twarzy. Stanął przy drzwiach i popatrzył na mnie, a ja zza biurka na niego, i takeśmy na siebie jakiś czas patrzyli. Spytałem, czego sobie życzy, i przyszło mi do głowy, że jeśliby chciał wstąpić do Klubu, to nie mam nawet formularzy wpisowych, bo wszystkie zabrał pan Egger.

— To jest Klub Krótkofalowców? — spytał, chociaż było to jak wół wypisane na drzwiach i na bramie.

— Tak — powiedziałem. — Czego pan sobie życzy? — zapytałem, ale on jakby tego nie słyszał.

— A… przepraszam — pan tutaj pracuje? — spytał. Zrobił dwa kroki w moją stronę, tak jakoś, jakby stąpał po szkle, i ukłonił się.

— Mam dyżur — odparłem.

— Dyżur? — powtórzył, jakby się głęboko nad tym zastanawiał. Uśmiechnął się, potarł podbródek rondem kapelusza, który trzymał w ręku (nie pamiętam już, kiedy widziałem tak zniszczony kapelusz), i, wciąż jakby stojąc troszeczkę na palcach, zaczął jednym tchem, jakby się bał, że mu przerwę:

— Aha, więc to pan pełni tutaj dyżury, rozumiem, to taka godność i odpowiedzialność, w młodym wieku rzadko kto dziś to osiągnie, i pan zarządza tu tym wszystkim, no no — przy tym zrobił ręką z kapeluszem okrągły gest, obejmujący cały pokój, jakby mieściły się w nim Bóg wie jakie skarby.

— Nie jestem znów taki bardzo młody — powiedziałem, bo już mnie ten facet zaczynał trochę drażnić — i czy można wiedzieć, czego pan sobie życzy? Czy pan jest członkiem naszego Klubu?

Zapytałem tak umyślnie, choć wiedziałem, że nie jest — i rzeczywiście speszył się, potarł znowu brodę kapeluszem, a potem schował go naraz za siebie i śmiesznym, drepczącym krokiem podszedł do biurka. Miałem otwartą w dole szufladę, do której włożyłem przedtem książkę, gdy usłyszałem pukanie, a widząc teraz, że się tego natręta łatwo nie pozbędę, wsunąłem szufladę kolanem, wyjąłem pieczątkę z kieszeni i zabrałem się do układania nakrojonych, czystych kartek, żeby widział, że mam swoją robotę.

— O! Nie chciałem pana urazić! Nie chciałem urazić! — wykrzyknął i zaraz ściszył głos, oglądając się niespokojnie na drzwi.

— Więc może zechce pan powiedzieć, czego sobie życzy? — powiedziałem sucho, bo miałem tego dość.

Oparł rękę na biurku, w drugiej trzymając za plecami kapelusz, i nachylił się ku mnie. Teraz dopiero zorientowałem się, że musi być porządnie stary, chyba po czterdziestce. Tego się z daleka nie widziało, miał taką szczupłą, nijaką twarz — jak czasem blondyni, u których nie znać siwizny.

— Niestety, nie jestem członkiem Klubu — powiedział. — Ja… wie pan — naprawdę mam ogromny szacunek dla pańskiego zajęcia, także i innych panów, wszystkich panów tutaj, ale, niestety, brak mi kwalifikacji! Myślałem zawsze, żeby zapoznać się, ale mi się, niestety, nie udało. Moje życie — tak jakoś poszło…

Zająknął się i urwał. Wyglądał, jakby był bliski płaczu, aż mi się głupio zrobiło. Nic nie mówiłem, tylko zacząłem pieczętować puste kartki, nie patrząc na niego, choć czułem, że coraz bardziej się nade mną nachyla i że najwyraźniej ma ochotę przejść na moją stronę biurka. Ale udawałem, że nic o tym nie wiem, a on zaczął szeptać bardzo głośno, z czego nie zdawał sobie chyba sprawy:

— Ja wiem, że przeszkadzam panu, i zaraz odejdę… Mam pewną… pewną prośbą… Liczę na pana… zaledwie śmiem liczyć na wyrozumiałość… Kto oddaje się takiej ważnej pracy, takiemu pożytkowi bezinteresownie, dla ogólnego dobra, zrozumie mnie — może… Nie jestem… śmiem się spodziewać…

Byłem od tego szeptania całkiem już głupi i wciąż tylko pieczętowałem kartki, a przy tym widziałem ze strachem, że wnet mi się skończą i nie będę mógł wlepiać oczu w puste biurko, a nie chciałem patrzeć na niego, bo się wprost cały rozpływał.

— Chciałbym… chciałbym — powtórzył ze trzy razy — prosić pana nie o… to znaczy — o przysługę, o pomoc. O wypożyczenie mi stosunkowo drobnej rzeczy — ale muszę się wpierw przedstawić: nazywam się Harden… Pan mnie nie zna, no, Boże, skąd by pan mógł mnie znać…

— A pan mnie zna? — spytałem, nie podnosząc głowy i chuchając na poduszeczkę pieczątki. Harden tak się zląkł, że przez dłuższą chwilę nie był w stanie odpowiedzieć.

— Przez przypadek… — bąknął wreszcie. — Przez przypadek widywałem, mając… mając interesy tu, na tej ulicy, w pobliżu, obok, to znaczy — niedaleko tego domu… Ale to nic nie znaczy — mówił gorąco, jakby niesłychanie wprost zależało mu na tym, żeby mnie przekonać, że mówi prawdę. Aż mi w głowie od tego wszystkiego szumiało, a on ciągnął:

— Prośba moja, z pozoru błaha, ale… Chciałem pana prosić, naturalnie z wszelkimi zapewnieniami, o pożyczenie mi drobnej rzeczy. To pana nie utrudzi. Chodzi — chodzi o drut. Z wtyczkami.

— Co pan mówi? — spytałem.

— Drut z wtyczkami! — zawołał prawie z uniesieniem. — Niedużo, kilka… naście metrów i wtyczki… osiem… nie — dwanaście — ile wolno. Oddam na pewno. Ja, wie pan, mieszkam na tej samej ulicy, pod ósmym…

„A skąd pan wie, gdzie ja mieszkam?” — chciałem spytać, ale ugryzłem się w ostatniej chwili w język i powiedziałem tylko możliwie obojętnym tonem:

— Tutaj nie ma wypożyczalni drutu, proszę pana. Zresztą, czy to taka wielka rzecz? Przecież pan to dostanie w każdym sklepie elektrotechnicznym.

— Ja wiem! wiem! — zawołał. — Ale niechże mnie pan zrozumie! Tak przyjść jak ja… tu… jest to prawdziwym ciężarem, ale nie mam drogi. Ten drut jest mi niesłychanie potrzebny, a właściwie nie jest on dla mnie, nie. Jest… jest przeznaczony dla kogoś. Ten… ta… osoba… nie ma… środków. To mój… przyjaciel. On… nic nie ma… — powiedział, znowu z takim wyrazem twarzy, jakby się miał rozpłakać. — Ja, niestety, teraz… takie wtyczki sprzedają tylko w tuzinach, wie pan. Proszę, może pan w swojej wspaniałomyślności… Zwracam się do pana, bo nie mam, bo nikogo nie znam…

Urwał i przez jakiś czas nic nie mówił, tylko dyszał, jakby okropnie wzruszony. Od tego wszystkiego już się spociłem i chciałem tylko jednego: pozbyć się go — na razie. Mogłem mu tego drutu zwyczajnie nie dać i wtedy by się wszystko skończyło. Ale byłem zaintrygowany Zresztą, może być, że i pomóc mu trochę chciałem, bo mi się go żal robiło. Nie wiedziałem jeszcze dobrze, co o tym myśleć, ale miałem w pracowni własną starą zwojnicę, z którą mogłem zrobić, co mi się podobało. Bananów wprawdzie nie miałem, ale cała kupa leżała na stoliku. Nikt się z nich nie rozliczał. Nie były, co prawda, przeznaczone dla obcych, pomyślałem jednak, że ostatecznie raz mogę zrobić wyjątek.

— Niech pan zaczeka — powiedziałem. Poszedłem do pracowni, przyniosłem stamtąd drut, cążki i banany.

— Czy taki drut będzie dobry? — spytałem. — Innego nie mogę panu dać.

— Doprawdy — ja, ja myślę, że będzie w sam raz…

— Ile panu trzeba? Dwanaście? Może dwadzieścia metrów?

— Tak! Dwadzieścia! Jeżeli pan łaskaw… Odmierzyłem na oko ze dwadzieścia metrów, odliczyłem wtyczki i położyłem na biurku. Schował wszystko do kieszeni, a mnie naraz przyszło do głowy, że pan Egger, gdyby dowiedział się o tych bananach, narobiłby szumu w całym Klubie. Mnie by naturalnie nic nie powiedział, przejrzałem go, to intrygant i faryzeusz, w gruncie rzeczy podszyty tchórzem. Pan Harden cofnął się od biurka i powiedział:

— Młody panie… przepraszam… panie… zrobił pan prawdziwie dobry uczynek. Ja wiem, że moja nietaktowność — i sposób, w jaki ja tu do pana… to mogło wywołać niewłaściwe wrażenie, ale zapewniam pana, zapewniam, to było bardzo potrzebne! Chodzi o sprawę pomiędzy uczciwymi, dobrymi ludźmi. Nie umiem nawet wyjawić, jak ciężko mi było przyjść, ale miałem nadzieję — i nie omyliłem się. To pocieszające! To bardzo pocieszające!

— Czy mam to traktować jako pożyczkę? — spytałem. Chodziło mi głównie o termin zwrotu, w razie gdyby miał być odległy, postanowiłem przynieść odpowiednią ilość własnych wtyczek.

— Naturalnie, to tylko pożyczka — odparł, prostując się z jakąś staroświecką godnością. Przyłożył kapelusz do serca. — Ja, to znaczy — mniejsza o mnie… Mój przyjaciel na pewno będzie panu wdzięczny. Pan… pan nawet nie wyobraża sobie, co to znaczy — jego wdzięczność… Nawet przypuszczam, że…

Ukłonił mi się.

— W krótkim czasie zwrócę wszystko — z podziękowaniem. Kiedy — w tej chwili nie potrafię panu, niestety, powiedzieć. Dam znać, za pana pozwoleniem. Pan — przepraszam — bywa tu co drugi dzień?

— Tak — powiedziałem. — W poniedziałki, środy i piątki.

— A czy kiedyś — kiedyś będę mógł… — zaczął bardzo cicho pan Harden. Spojrzałem na niego bystro i to go, widać, spłoszyło, bo nie powiedział już nic, tylko ukłonił mi się, raz r

z gołą głową, drugi raz w kapeluszu, i wyszedł. Zostałem sam i miałem jeszcze prawie godzinę czasu, ale spróbowałem tylko czytać i zaraz odłożyłem książkę, bo nie mogłem zrozumieć ani jednego zdania. Kompletnie mnie skołowała ta wizyta i ten człowiek. Wyglądał na porządnie zabiedzonego, wierzchy butów, choć lśniące czystością, tak miał spękane, aż żal było patrzeć. Kieszenie marynarki obwisały mu, jakby stale nosił w nich jakieś ciężkie przedmioty. Mogę coś o tym powiedzieć. Dwie rzeczy zastanowiły mnie najbardziej — i obie odnosiły się do mnie. Pan Harden najpierw powiedział, że zna mnie z widzenia, bo załatwiał coś w pobliżu Klubu — co się, ostatecznie, mogło przypadkowo zdarzyć, chociaż dziwne wydało mi się zalęknienie, z jakim mi to tłumaczył. Po wtóre: mieszkał na tej samej ulicy, co ja. Tu już przypadków było zbyt wiele. Równocześnie widziałem jak na dłoni, że to nie jest człowiek zdolny z natury do jakiejś podwójnej gry, do skomplikowanych kłamstw. Rozmyślałem tak i, ciekawa rzecz, dopiero na samym końcu zastanowiłem się nad tym, do czego właściwie potrzebny mu był ten drut. Nawet się trochę zdziwiłem, że tak późno na to wpadłem. Pan Harden zupełnie, ale to zupełnie nie wyglądał na człowieka, który robi wynalazki czy choćby tylko majstruje dla przyjemności. Powiedział zresztą, że ten drut nie jest dla niego, ale dla przyjaciela. Wszystko to razem nie składało mi się zupełnie. Na drugi dzień po szkole poszedłem obejrzeć sobie dom pod ósmym. Nazwisko jego rzeczywiście figurowało na liście lokatorów. Wdałem się w rozmowę z dozorcą, uważając, żeby nie wzbudzić w nim podejrzenia, i wymyśliłem całą historię, że mam niby dawać korepetycje siostrzeńcowi pana Hardena, więc interesuję się tym, czy jest wypłacalny. Pan Harden — jak opowiedział mi dozorca — pracował w śródmieściu, w jakiejś wielkiej firmie, do pracy jeździł o siódmej, a wracał o trzeciej. Ostatnimi czasy o tyle się to zmieniło, że zaczął wracać coraz później, a zdarzało się, że w ogóle nie przychodził na noc. Dozorca go o to nawet mimochodem spytał, a pan Harden powiedział mu, że bierze nadliczbowe godziny i nocną pracę, bo potrzebuje pieniędzy na święta. Jednakże nie dało się zauważyć — to są wnioski dozorcy — żeby mu ta wytężona praca wiele przyniosła, bo jak był biedny niczym mysz kościelna, takim pozostał, ostatnio zaś zalegał z czynszem i świąt w ogóle nie urządzał, do kina nie poszedł; dozorca nie wiedział, niestety, jak się nazywa ta firma, w której pan Harden pracuje, a zbyt długo też wolałem go nie wypytywać, tak że właściwie ten wywiad przyniósł mi niezbyt obfite plony.

Muszę przyznać, że z niecierpliwością oczekiwałem poniedziałku, bo coś mi mówiło, że jest to początek jakiejś osobliwej sprawy, choć nie mogłem sobie przedstawić, o co mogłoby w niej chodzić. Próbowałem wyobrazić sobie rozmaite możliwości, na przykład, że pan Harden robi wynalazki albo że uprawia szpiegostwo, ale to absolutnie nie pasowało do jego osoby. Jestem przekonany, że nie odróżniłby diody od pentody, był też ostatnim człowiekiem na świecie, który nadawałby się do jakiejś misji obcego wywiadu.

W poniedziałek przyszedłem na dyżur nie wcześniej i wyczekałem się dwie godziny w r. snącym zniecierpliwieniu. Harden przyszedł! kiedy zabierałem się już do wyjścia. Wszedł jakoś uroczyście, ukłonił mi się od progu i podał mi rękę, a potem małą paczkę, porządnie zawiniętą w biały papier.

— Dzień dobry, młody panie. Cieszę się, że pana zastałem — powiedział. — Chciałem podziękować panu za pańską dobroć. Wybawił mnie pan z nader kłopotliwego położenia. — Mówił to wszystko sztywno i tak, jakby to sobie przedtem ułożył. — Tu jest wszystko, co pan był łaskaw mi pożyczyć — wskazał na paczkę, którą położyłem na biurku. Obaj staliśmy. Pan Harden ukłonił mi się jeszcze raz i zrobił taki ruch, jakby chciał odejść — ale został.

— Nie ma o czym mówić, to była drobnostka — powiedziałem, aby ułatwić mu odezwanie się. Myślałem, że zacznie gorąco oponować, ale nic nie powiedział, patrzył tylko na mnie posępnie i parę razy potarł rondem kapelusza podbródek. Zauważyłem, że kapelusz był usilnie czyszczony, co prawda nie dało to większych rezultatów.

— Jak pan wie, nie jestem członkiem Klubu… — powiedział. Naraz przystąpił do biurka, położył na nim kapelusz i, zniżając głos, odezwał się:

— Nie mam śmiałości znów pana trudzić. I tak tyle pan dla mnie zrobił. Jednakże, gdyby pan zechciał poświęcić mi pięć minut — nie więcej, doprawdy… Nie chodzi o nic materialnego, nigdy w świecie! Tylko, wie pan — brak mi odpowiedniego wykształcenia i nie potrafię sobie dać z tym rady.

Nie mogłem się zorientować, do czego zmierza, ale byłem porządnie zaciekawiony, więc powiedziałem, żeby go zachęcić:

— Ależ oczywiście, jeżeli będę mógł, chętnie panu pomogę.

Ponieważ milczał, nic nie odpowiadając i nie ruszając się z miejsca, dodałem na oślep:

— Czy chodzi o jakiś aparat?

— Co?! Co pan mówi?! Skąd, skąd pan… — wyrzucił, przestraszony, jakbym powiedział coś niesłychanego. Robił takie wrażenie, jakby chciał po prostu czmychnąć.

— Ależ to proste — odparłem możliwie spokojnie, starając się uśmiechnąć — pożyczał pan ode mnie przewód elektryczny i wtyczki, a zatem…

— O, pan jest niesłychanie bystry, nad wyraz bystry — powiedział, ale nie było w tym uznania, raczej lęk. — Nie, bynajmniej, to znaczy — pan jest człowiekiem honorowym, nieprawdaż? Czy mógłbym, ośmielając się, prosić pana, to znaczy, jednym słowem, czy może dać mi pan słowo, że nikomu… że pan zachowa wszystko, o czym mówimy, dla siebie?

— Tak — odparłem zdecydowanym tonem i żeby go upewnić, dodałem:

— Nigdy nie łamię danego słowa.

— Tak sobie myślałem. Tak! Byłem o tym przeświadczony! — powiedział, jednakże minę dalej miał zasępioną i nie patrzał mi w oczy. Jeszcze raz potarł podbródek i powiedział szeptem:

— Są… wie pan… jakieś zakłócenia. Nie wiem, skąd. Nie potrafię tego zrozumieć. Raz jest prawie dobrze, a potem nic nie rozumiem.

— Zakłócenia — powtórzyłem, bo zamilkł — pan ma na myśli zakłócenia odbioru?

Chciałem dodać jeszcze „to pan ma krótkofalówkę” — ale powiedziałem tylko „to pan…” — tak się wzdrygnął.

— Nie, nie —’ wyszeptał. — Nie chodzi o odbiór. Wydaje się, że z nim jest coś źle. Czy ja wiem zresztą! Może po prostu nie chce ze mną mówić.

— Kto? — spytałem znowu, bo przestałem go pojmować, wtedy on obejrzał się za siebie, a potem, zniżywszy głos jeszcze bardziej, powiedział:

— Proszę pana, przyniosłem to ze sobą. Schemat, to znaczy część schematu. Ja, wie pan, nie mam prawa, to znaczy — nie całkiem mam prawo pokazać to komukolwiek, ale ostatnim razem otrzymałem zgodę. To nie jest moja sprawa. Pan rozumie? Mój przyjaciel —o niego właśnie chodzi. To jest ten rysunek. Niech się pan nie gniewa, że to jest tak niedobrze narysowane, próbowałem studiować rozmaite specjalne książki, ale to nic nie pomogło. Chodzi o to, że trzeba to zrobić — sporządzić, dokładnie, tak jak jest narysowane. Ja bym się już postarał o wszystkie potrzebne rzeczy. Wszystko już mam, dostałem. Ale — ja tego nie zrobię! Tymi rękami — wyciągnął chude, żółtawe dłonie, które drżały tuż przed moją twarzą — pan sam przecież widzi! Nigdy w życiu nie miałem z tym nic wspólnego, nie umiałbym nawet narzędzia utrzymać, taki ze mnie niezguła, a tu tak jest potrzebna umiejętność! Chodzi przecież o życie…

— Może mi pan pokaże ten rysunek — powiedziałem powoli, starając się nie zwracać uwagi na jego słowa, bo już zanadto zalatywały mi jakimś pomieszaniem.

— Ach, przepraszam… — wybąkał.

Rozpostarł na biurku kawał sztywnego papieru rysunkowego, nakrył go obu rękami i spytał cicho:

— Czy można zamknąć drzwi?

— Owszem, można — powiedziałem — bo już jest po godzinach dyżuru. Możemy się nawet na klucz zamknąć — dodałem, wyszedłem na korytarz i umyślnie głośno przekręciłem dwa razy klucz w zamku, żeby to słyszał. Chciałem, by nabrał do mnie zaufania.

Wróciwszy do pokoju, siadłem za biurkiem i wziąłem do ręki ten jego rysunek. Nie był to bynajmniej schemat. Nie było to podobne do niczego — oprócz dziecinnych gryzmołów. Były tam po prostu kwadraty, oznaczone literkami i cyframi, połączone ze sobą, ni to jakaś telefoniczna rozdzielnica, ni to tablica rozdzielcza, narysowana tak, że włosy stawały na głowie — bez użycia symboli, kondensatory i cewki były naszkicowone „z natury”, jakby to zrobiło pięcioletnie dziecko. Sensu nie można się było w całości doszukać za grosz, bo nie wiadomo było, co oznaczają te kwadraty z cyframi, aż naraz zauważyłem znajome literki i liczby: oznaczenia rozmaitych lamp katodowych. Wszystkiego razem — osiem. Ale to nie był aparat radiowy. Poniżej kwadratów widniały prostokąciki z cyframi, które nic mi już nie mówiły; widniały wśród nich także greckie litery — wszystko razem niczym jakiś szyfr albo po prostu rysunek obłąkańca. Oglądałem cały ten bohomaz dość długo, słysząc, jak Harden dyszy mi głośno nad głową. Chociaż nie mogłem złapać nawet w przybliżeniu idei całej tej aparatury, dalej studiowałem rysunek, bo czułem, że nie będzie łatwo wyciągnąć z niego wiele więcej, musiałem się więc oprzeć na tym materiale, jaki miałem przed sobą. Nie było wykluczone, że jeżeli go nacisnę, by pokazał mi i wytłumaczył cokolwiek, przelęknie się i tyle będę go widział. I tak okazał mi sporo zaufania. Tak więc postanowiłem zacząć od rysunku. Jedyną częścią zrozumiałą było coś w rodzaju fragmentu wzmacniacza kaskadowego, ale to był raczej mój domysł, gdyż, jak powiadam, całość przedstawiała coś zupełnie nieznanego i zagmatwanego — widniało tam doprowadzenie prądu o napięciu 500 woltów — po prostu sen elektrotechnika, który ma koszmary! Między poszczególnymi częściami były wyrysowane rozmaite elementy, mające zapewne stanowić wskazówkę dla tego, kto by to urządzenie miał budować, więc, na przykład, uwagi o materiale, z jakiego trzeba wykonać płytę rozdzielnicy, a kiedy się dobrze temu labiryntowi przyjrzałem, odkryłem naraz coś dziwnego: skosem stojące na kilku nóżkach, obrzeżone jakby firaneczką prostokąciki, niczym kołyski jakieś. Spytałem Hardena, co to jest.

— To? To są, to mają być ekrany — odparł pokazując mi palcem inny, taki sam prostokącik, w który rzeczywiście wpisane było małymi literkami słowo „ekran”.

To mnie wprost zaszokowało. Harden najwyraźniej nie zdawał sobie w ogóle sprawy z tego, że słowo „ekran” znaczy w elektrotechnice coś całkiem innego aniżeli w życiu potocznym, i tam, gdzie w schemacie szło o ekranowanie poszczególnych fragmentów aparatury, to znaczy oddzielenie od siebie pól elektromagnetycznych osłonami, czyli ekranami z metalu, wyrysował ze świętą naiwnością ekraniki, jakie się widzi w kinie!

A przy tym w dolnym rogu schematu widniał filtr wysokiej częstotliwości, podłączony w całkiem nowy, nie znany mi sposób, nadzwyczaj dowcipnie — był to po prostu wynalazek pierwszej wody!

— Proszę pana — powiedziałem — to pan sam rysował?

— Tak, ja. A co?

— Tu jest filtr — zacząłem, wskazując ołówkiem, ale on przerwał mi:

— Proszę pana, ja się na tym nie znam. Zrobiłem to według wskazówek. Mój przyjaciel… a więc tak: to on jest w pewnym sensie — autorem…

Urwał. Naraz zabłysło mi światło.

— Pan się z nim porozumiewa przez radio? — spytałem.

— Co? Ależ nie!

— Przez telefon? — pytałem dalej, niewzruszony. Pan Harden zaczai naraz drżeć.

— O… o co panu chodzi? — wyjąkał, opierając się ciężko o biurko. Zdawało mi się, że zasłabnie. Przyniosłem stołek z pracowni, na który osunął się, jakby się postarzał w czasie rozmowy.

— Czy pan go widuje? — spytałem, a Harden skinął powoli głową.

— Więc czemu nie korzysta pan dalej z jego pomocy?

— Och, to niemożliwe… — powiedział z nagłym westchnieniem.

— Jeżeli przyjaciela pana nie ma tutaj i trzeba się z nim porozumieć na odległość, mogę panu użyczyć mojego aparatu radiowego — powiedziałem. Zrobiłem to umyślnie.

— Ależ to nic nie da! — zawołał. — Nie, nie, on jest tutaj, naprawdę.

— Więc czemu on sam nie przyjdzie do mnie? — rzuciłem. Pan Harden wykrzywił twarz w jakimś spazmatycznym uśmiechu.

— To niemożliwe — powiedział. — On nie jest… jego nie można… naprawdę, to nie jest mój sekret i nie mam prawa go zdradzać… — powiedział nagle gorąco, z takim wylaniem, że uwierzyłem w jego szczerość. W głowie aż mi huczało od wytężonego myślenia, a nie mogłem się jeszcze połapać, o co chodzi. Jedno było najzupełniej pewne: Harden nie znał się w ogóle na radiotechnice i schemat musiał być dziełem tajemniczego przyjaciela, o którym tak mgliście napomykał.

— Proszę pana — zacząłem powoli — co się mnie tyczy, może być pan najzupełniej pewny mojej dyskrecji. Nie chcę wcale pytać, co pan robi i do czego ma to służyć — wskazałem na rysunek ——— ale żeby panu pomóc, musiałbym, po pierwsze, przerysować to sobie, a, po wtóre, ten mój rysunek musiałby dopiero przejrzeć pana przyjaciel, który się widocznie na tym zna…

— To się nie da zrobić… — wyszeptał pan Harden. — Ja… ja musiałbym to panu zostawić?

— A jakże inaczej? Panu chodzi o to, żeby ten aparat zmontować — czy tak?

— Ja… ja bym przyszedł ze wszystkim, co potrzebne, kiedy pan pozwoli — powiedział pan Harden.

— Nie wiem, czy to możliwe — czy to się da przeprowadzić — powiedziałem.

Kiedy popatrzyłem na niego, wyglądał zupełnie złamany. Wargi mu drżały — przesłonił je rondem kapelusza. Zrobiło mi się go naprawdę żal.

— Ostatecznie, można by spróbować — powiedziałem niechętnie — choć nie wydaje mi się, aby podług tak niedokładnego rysunku dało się sklecić cokolwiek sensownego. Niechże pana przyjaciel przejrzy to, u licha, czy po prostu porządnie przerysuje…

Kiedy popatrzałem na niego, zrozumiałem, że żądam rzeczy niewykonalnej.

— Kiedy mogę przyjść? — spytał wreszcie. Umówiłem się z nim na trzeci dzień; wyrwał mi prawie rysunek z rąk, schował go do wewnętrznej kieszeni i rozejrzał się nieprzytomnymi oczami.

— To ja już sobie pójdę. Nie będę… nie chcę zabierać panu czasu. Bardzo panu dziękuję i — do widzenia. Więc przyjdę, jeżeli można. Ale nikt… nikt… nikomu…

Obiecałem mu raz jeszcze, że nic nikomu nie powiem, dziwiąc się już własnej cierpliwości. Wychodząc, zatrzymał się naraz.

— Proszę pana… przepraszam, że jeszcze się ośmielam. Czy nie wie pan przypadkiem, gdzie można dostać żelatyny?

— Czego — proszę?

— Żelatyny — powtórzył — zwykłej, suszonej żelatyny w arkuszach, zdaje się…

W sklepie spożywczym najprędzej — poradziłem mu. Raz jeszcze ukłonił się, podziękował mi gorąco i wyszedł. Przeczekałem chwilę, aż jego kroki ucichły na schodach, zamknąłem Klub i poszedłem do domu, tak zamyślony, że wpadałem na przechodniów. Zajęcie, jakiego się może lekkomyślnie podjąłem, nie budziło we mnie zachwytu, ale rozumiałem, że zbudowanie tego nieszczęsnego aparatu — to jedyna droga poznania, co właściwie poczyna pan Harden ze swoim zagadkowym przyjacielem. W domu wziąłem parę arkuszy papieru i próbowałem narysować ten dziwaczny schemat, który pokazał mi pan Harden, ale prawie nic nie pamiętałem. Na koniec pociąłem papier na kawałki, na których wypisałem wszystko, co wiedziałem o całej tej historii, i próbowałem, siedząc nad nimi do wieczora, złożyć te fragmenty w jakąś sensowną całość. Nie bardzo mi to szło, chociaż muszę powiedzieć, że puściłem całkiem wodze wyobraźni i nie wahałem się stawiać całkiem nieprawdopodobnych hipotez, w rodzaju, że pan Harden utrzymuje łączność radiową z uczonymi jakiejś innej planety — coś jak w tej historii Wellsa o kryształowym jajku. Nie trzymało się to jednak kupy, a najbardziej oczywiste, narzucające się wprost rozwiązanie: że mam do czynienia ze zwyczajnym wariatem — odrzuciłem, po pierwsze dlatego, że zbyt wiele metody tkwiło w tym jego wariactwie, po drugie zaś, ponieważ tak właśnie brzmiałby bez wątpienia sąd olbrzymiej większości ludzi z panem Eggerem na czele. Kiedy kładłem się już spać, zabłysło mi w głowie światło, od którego aż skoczyłem. Zdumiałem się, że nie wpadłem na to od razu, tak mi się to nagle wydało oczywiste. Nieznany, ukrywający się w cieniu przyjaciel pana Hardena musiał być niewidomy! Jakiś fachowiec–elektryk, ślepy, może więcej nawet niż ślepy! Kiedy zanalizowałem szybko we wspomnieniu niektóre odezwania się Hardena, a szczególnie, gdy uprzytomniłem sobie, jak żałosnym uśmiechem skwitował moją propozycję, aby przyjaciel jego przyszedł sam, doszedłem do wniosku, że jest on całkiem sparaliżowany. Jakiś stary, na pewno bardzo stary człowiek, od lat przykuty do łóżka, który w mroku, otaczającym go wiecznie, wymyśla dziwne przyrządy. Jedyny przyjaciel, którym może się przy tym posługiwać, nie zna się w ogóle na elektrotechnice. Stary, jak to stary — jest zdziwaczały, mocno podejrzliwy i obawia się, że mu jego sekret mogą wykraść. Hipoteza ta wydała mi się bardzo prawdopodobna. Było jeszcze kilka niejasnych punktów: do czego służyć miały druty i wtyczki? Nie omieszkałem zbadać ich sumiennie pod lupą. Drut został pocięty na kawały różnej długości — po dwa, dwa i pół, trzy i cztery metry, banany zaś, w chwili kiedy je wręczałem panu Hardenowi — zupełnie nowe, nie używane, miały porozkręcane śrubki, a w niektórych tkwiły pojedyncze nitki miedzianego drutu. A zatem służyły naprawdę do czegoś i pożyczenie ich nie stanowiło wyłącznie pretekstu do nawiązania ze mną bliższego kontaktu.

 

Читайте дальше по ссылке продолжение рассказа «Друг» (Przyjaciel) на польском языке. Другие книги, которые написал Станислав Лем (Stanisław Lem),  а также произведения известных писателей разных стран мира в переводе на польский язык можно читать онлайн в разделе «Книги на польском». Если вас также интересуют книги на других иностранных языках, их можно найти в разделе «Книги онлайн».

 

французский

испанский

португальский

польский

чешский

словацкий

венгерский

румынский

болгарский

словенский

сербский

хорватский

македонский

иврит

турецкий

арабский

фарси

урду

пушту

молдавский

украинский

белорусский

русский

грузинский

армянский

азербайджанский

узбекский

казахский

киргизский

монгольский

Изучение иностранных языков - новое

Уроки иностранных языков онлайн

Изучение какого иностранного языка сейчас Вас более всего интересует?